Naturalny dezodorant Farfalla

Bohatera dzisiejszego wpisu pokazałam już kilka razy na moim blogu, przy okazji postów denkowych czy też z ulubieńcami. Nie zamierzałam robić dokładnej recenzji tego produktu, choć jest to mój zdecydowany ulubieniec. A to głównie ze względu na jego słabą dostępność.

Jak się jednak okazuje sporo z Was poszukuje alternatywy z naturalnej półki dla konwencjonalnych dezodorantów, dlatego postanowiłam podzielić się z Wami moją opinią. Tym bardziej, że produkty szwajcarskiej marki Farfalla można znaleźć w online sklepach, między innymi na www.ecco-verde.pl


Tematyka naturalnych dezodorantów towarzyszy mi już od lat. Zawsze były to jednak trudne poszukiwania niekoniecznie zwieńczone sukcesem. Bo kiedy w końcu znalazłam jakiś naturalny dezodorant bez soli aluminium, to okazywało się, że oparty jest na przykład głównie na alkoholu, co z kolei łatwo podrażnia i przesusza wrażliwą skórę pod pachami.
 
I dopiero niecałe 1,5 roku temu znalazłam w necie obiecującą propozycję marki Farfalla - naturalny dezodorant, który nie zawiera ani soli aluminium, ani alkoholu! 
 
Czy taki dezodorant może działać? Oczywiście! U mnie produkt ten świetnie się sprawdza! Nie należę do osób z nadmierną potliwością, ale takie czynniki jak sport czy też stres nie są mi obce ;-) 
 
 
Krótko i zwięźle - dlaczego polecam Wam ten dezodorant? 
  • bardzo dobrze spełnia swoje główne zadanie - chroni przed przykrym zapachem. Ja nigdy nie używałam blokerów, przypuszczam, że są to zdecydowanie mocniej działające produkty, niż dezodorant Farfalla
  •  jak już wspominałam, ma świetny naturalny skład, nie zawiera ani alkoholu, ani soli aluminium
  • jest bezzapachowy, nie koliduje więc z perfumami. Jednak dla miłośników zapachowych dezodorantów Farfalla ma w swojej ofercie pachnącą alternatywę
  • nie pozostawia plam na ubraniach, nie odbarwia - jak dla mnie to ogromny plus! 
  • jest dosyć wydajny - mnie jedno opakowanie wystarcza na około 4 miesiące codziennego używania
  • nie pozostawia tłustej lepkiej warstwy, jak niektóre dezodorant w kulce
  • jest łagodny, nie uczula
  • jest to produkt wegański
Lista składników:
Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Simmondisa Chinensis Seed Oil*, Olea Europaea Fruit oil*, Triethyl Citrate, Hydrogenated Palm Glycerides, Xanthan Gum, Glycerin, Hydrogenated Lecithin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Ascorbic Acid, Citric Acid
* Certified organic



Jeśli poszukujecie dezodorantu z naturalnej półki, który jest łągodny i jednocześnie skuteczny, warto zainteresować się propozycją marki Farfalla :)

Różany żel do mycia twarzy John Masters Organics

Jak to mówią, lepsze jest wrogiem dobrego. Bo jakże często tak jest, że nawet jeśli mamy sprawdzony kosmetyk, mniej lub bardziej świadomie rozglądamy się za czymś innym, czymś jeszcze fajniejszym? A później wracamy z podkulonym ogonem do starego ulubieńca... 
Na szczęście jednak to mądre powiedzenie nie zawsze się sprawdza!
 
Niedawno temu napisałam recenzję oraz wyróżniłam w ulubieńcach roku żel do mycia twarzy z Biolaven. Zdania nie zmieniłam, żel jest świetny i będę do niego wracać. Ale kiedy w okresie największych mrozów moja mieszana skóra zaczęła się nieco przesuszać, postanowiłam wypróbować czegoś innego. Czegoś, o czym czytałam juz na wielu blogach i co od pewnego czasu mnie kusiło: 
Różany żel do oczyszczania twarzy marki John Masters Organics


Bez owijania w bawełnę muszę przyznać, że jest to chyba najlepszy tego rodzaju produkt, z jakim miałam do czynienia! Wielki zachwyt od pierwszego użycia :) 
Żel w kontakcie z odrobiną wody zmienia się w delikatną, aksamitną piankę, która niezwykle troskliwie, ale i skutecznie oczyszcza twarz. Bez żadnych ściągnięć, przesuszeń czy podrażnień. Nawet moje oczy bardzo dobrze go tolerują :) 
Skóra jest nie tylko dokłądnie oczyszczona, ale i nawilżona. Coś wspaniałego! Odkąd używam tego żelu, problem z przesuszeniem zniknął,niemal po pierwszej aplikacji! A cera jest ukojona, czysta i świeża :) 

Pomimo mojej mieszanej cery z tłustą strefą T rzadko wybieram produkty myjące przeznaczone właśnie dla takiego typu skóry, gdyż mam u siebie twardą wodę, która sprzyja przesuszeniom. Jestem pewna, że żel doskonale sprawdzi się dla wszystkich cer, od suchej, wrażliwej, aż do mieszanej czy nawet tłustej. 

Producent informuje, że żel bardzo skuteczenie usuwa nie tylko wszelkie zanieczyszczenia, ale i makijaż. Szczerze mówiąć nie próbowałam stosować go jako środka do demakijażu twarzy. Do tego celu używam niezmiennie płynu micelarnego.


Żel niestety nie należy do tanich produktów. I to jest powód, dlaczego tak długo zwlekałam z jego zakupem. Teraz jestem tym produktem tak mocno uroczona, że w zapasach mam już kolejne opakowanie :) Warto wiedzieć, że żel jest bardzo wydajny! Ja używam go codziennie do wieczornego mycia twarzy i po prawie 2 miesiącach mam jeszcze prawie połowę buteleczki.


Opakowanie to ciemno-brązowa szklana, minimalistyczna buteleczka o pojemności 118 ml, która bardzo ładnie prezentuje się na łazienkowej półce. Pompka działa bez zarzutu i możemy bardzo dokładnie dozować porcję produktu. 

A oto informacje producenta odnośnie żelu:
Zawiera najłagodniejsze substancje myjące pochodzące z najwspanialszych kwiatów świata. Hipoalergiczne fosfolipidy roślin, które mają swoje źródło w kwasach tłuszczowych wzmacniają zdolność wiązania wody w skórze. Czyste organiczne olejki różane, destylowane parą wodną, wspomagają krążenie krwi, nadając cerze różany blask. Ten wspaniały żel do twarzy ma kuszący i świeży aromat.
Zastosowanie:
● delikatny żel do mycia twarzy
● idealny do wszystkich typów skóry
● lekko nawilża skórę twarzy
● wspaniale nadaje się do usuwania makijażu

Główne składniki:
● róża – leczy suchą i wrażliwą skórę
● fosfolipidy roślin – budują błony komórkowe i pomagają w odbudowie naskórka
● kwiat lipy – zmiękcza skórę i łagodzi podrażnienia
● babka zwyczajna – odżywia i łagodzi podrażnienia, działa przeciwzapalnie
● aloes – stymuluje wzrost komórek,

Skład:
Aloe barbadensis (aloe vera) leaf juice*, lauryl glucoside, sodium cocoyl glutamate, cocoglucoside, lactobacillus ferment, rosa damascena (rose) flower water*, glycerin*, sodium lauroyl lactylate, tilia cordata (linden) flower extract*, plantago major (plantain) leaf extract*, rosa damascena (rose) flower oil*, cananga odorata (ylang ylang) flower oil*, sclerotium gum, p-anisic acid, citric acid

* Certified Organic

Podsumowując muszę przyznać, że żel jest rewelacyjny! I chyba jedyną wadą jest jego wysoka cena. Mamy jednak gwarancję, że otrzymujemy produkt o świetnym składzie, wspaniale działający, łagodny i wydajny! 
Jak dla mnie ideał :)  
Dajcie znać, czy znacie ten żel i w ogóle kosmetyki JMO. Ja zdecydowanie mam ochotę na więcej :)

Denko luty 2017

Zapraszam Was Kochani na prezentację lutowych śmieci. Denko moje jest bardzo skromne, ale zawzięłam się, że co miesiąc będę pokazywać to swoje zużycia, a więc oto i one: 



Zimą moje dłonie bardzo cierpią. Mrozy i twarda woda powodują bardzo mocne przesuszenie mojej skóry, tak więc kremy do rąk towarzyszą mi zawsze i wszędzie. Kremy marki Lavera oraz Burt's Bees to zdecydowanie jedne z lepszych, na jakie trafiłam. Obydwa dobrze pielęgnowały i nawilżały skórę, a do tego miały fajny naturalny skład. Z pewnością obydwa kremy jeszcze nie raz będą u mnie gościć. 


Płyn micelarny marki Clochee - bardzo dobry kosmetyk! Świetnie zmywał makijaż, a jednocześnie był łagodny dla skóry. Niestety jest dosyć drogi, 250 ml wystarczyło mi na dwa miesiące, a produkt kosztował prawie 60 zł... Jesli nadaży się okazja tanszego zakupu, chętnie skuszę się ponownie. Teraz zaczęłam używać dużo tańszego lipowego płynu micelarnego marki Sylveco i również jestem bardzo zadowolona :) 
Żel myjący do twarzy Biolaven - jeden z lepszych żeli, na jakie trafiłam. Choć w tym najmroźniejszym okresie miałam wrażenie, że trochę wysuszał mi skórę. Obecnie używam wspaniałego i pielęgnującego żelu z John Masters Organics. Jednak Biolaven zdecydowanie kupię ponownie. 


Olejek do skóry głowy Thin Hait marki Phenome - to już któreś z kolei opakowanie tego produktu, jakie udało mi się zużyć. Mam wrażenie, że naprawdę wzmacnia cebulki włosów, dobrze wpływa na skórę głowy. Owszem, jego cena jest bardzo wysoka, a pojemność malutka. Ale olejek ten jest bardzo wydajny! Oczywiście mam już kolejną buteleczkę :) 
Olejek do ciała marki Caudalie to bardzo dobra propozycja dla wielbicieli suchych olejków. Dla mnie tego rodzaju produkty są zbyt mało nawilżające, zdecydowanie wolę masła i balsamy. Dlatego ponownie się nie skuszę. 


Pianka oraz lakier do włosów marki Farfalla - zdecydowanie jedne z lepszych produktów naturalnych do stylizacji włosów, z jakimi się spotkałam. Jednak narazie nie będzie kolejnego zakupu - moje włosy nie wymagają w tej chwili tego rodzaju produktów :) 


Naturalny szampon DeaDia, który kupuję u mojej fryzjerki. Zdecydowanie najlepszy szampon, jaki znam! Dzięki niemu nie muszę stosować środków do stylizacji, bo moje cienkie włosy po nim naprawdę dobrze się układają :) Oczywiście używam już kolejnej butelki. 
Żel do higieny intymnej Sylveco - mój ulubiony! Używam go bez przerwy od ponad roku. Ma fajny skład, jest łagodny, nie kosztuje fortuny, więc czego chcieć więcej? :) 

Deneczko, choć niewielkie, to jednak dosyć udane. Większość z tych produktów świetnie się sprawdziło i z wielką przyjemnością je używałam i zużyłam :) 

 

Fresh & Natural - peelingi do ciała

Peelingi do ciała goszczą u mnie od dawna. Nie zawsze jednak sięgałam po tego rodzaju kosmetyk z należytą częstotliwością ;-) 
Wiele z nas traktuje pielęgnację ciała nieco po macoszemu i ja sama znam ten problem bardzo dobrze... 
Z czasem jednak nieco zmieniłam swoje nastawienie. Skóra coraz starsza, skłonna do przesuszeń, traktowana twardą wodą, wręcz prosiła się  o porządne złuszczanie. 
 

Miałam już wiele różnych zdzieraków, mniej lub bardziej fajnych. Aż w końcu trafiłam na ofertę marki Fresh and Natural. Polskiej marki produkującej naturalne produkty do ciała. Która słynie ze swoich wspaniałych balsamów oraz peelingów do ciała. Która przekonała mnie do siebie świetnymi składami. 
Po krótkich oględzinach w sklepie internetowym zdecydowałam się na dwa peelingi - cukrowy malinowy oraz tropikalny solny. 
 

Kiedyś myślałam, że peelingi solne to te najbardziej ostre i świadomie ich unikałam. Jakże się zdziwiłam, że właśnie te cukrowe mają większą moc zdzierania i złuszczania! I tak jest również w przypadku Fresh and Naturals. Solny peeling zapewnia nam łagodny masaż i delikatne zdzieranie, podczas gdy jego cukrowy brat to już mocniejszy zawodnik. Ale bez obaw, nie można nim zrobić sobie krzywdy, gdy stosuje się go na mokrą skórę. Ja lubię takie ostrzejsze tarcie głównie na nogach, aby zapobiegać wzrastaniu włosków po depilacji masą cukrową, którą stosuję od kilku miesięcy. 
 


 

Obydwa peelingi rewelacyjnie wywiązują się ze swojej roli, obydwa wspaniale złuszczają martwy naskórek, wygładzają i zmiękczają skórę. Skóra po ich zastosowaniu jest nie tylko gładziutka, ale też nawilżona, zregenerowana i pachnąca i spokojnie można darować sobie krok nawilżania balsamem bądź masłem do ciała. A zabieg peelingowania to sama przyjemność!
 
Obydwa peelingi zachwycają nie tylko działaniem, strukturą, ale i wspaniałymi zapachami. Cukrowy peeling malinowy pachnie niczym malinowa marmolada, ja wyczuwam tu jeszcze aromat leśnych owoców. Cukrowe ziarenka należą do tych ostrzejszych, a oprócz cukru w peelingu znajdziemy kawałeczki suszonych owoców jagodowych, co dodatkowo urozmaica stosowanie. 
Solny peeling tropikalny przywołuje na myśl egzotyczne wakacje :) Pachnie tak pięknie kokosowo, ananasowo, trochę bananowo, cytrusowo, cudo! Drobinki są małe, ale sam produkt jest dosyć gęsty. Bez problemu można intensyfikować działanie - od delikatnego do średniego złuszczania. 
 





Konsystencja peelingów jest doskonała - nie za rzadka, nie za gęsta, peeling nie osypuje się w trakcie stosowania. 
 



 

Peelingi oprócz ścierających drobinek zawierają w składzie między innymi: 
  • olej z pestek winogron (działa nawilżająco, zawiera witaminy i antyoksydanty)
  • olej ze słodkich migdałów (zawiera kwas oleinowy, linolowy oraz mnóstwo witamin)
  • olejek arganowy (działa wygładzająco, ujędrniająco i regenerująco)
 
 Dzięki ofercie Fresh and Natural zabieg peelingowania stał się prawdziwą przyjemnością, którą regularnie sobie funduję w mojej łazience :) 

Denko styczeń 2017

Nowy miesiąc zaczynam od rozliczenia się ze starymi śmieciami ;) 
Jakiś czas temu postanowiłam sobie regularnie, to znaczy co miesiąc, umieszczać denkowe posty. I w myśl tego postanowienia chciałabym Was dziś zaprosić do obejrzenia pustych opakowan porduktów, które udało mi się zużyć w styczniu. 



  • Nagietkowa pomadka ochronna Alverde - tania i świetna, oczywiście mam już kolejną sztukę :)
  • Krem do rąk i paznokci Oceanwell - wielkie rozczarowanie i dowód na to, że dobry skład i wysoka cena to nie zawsze gwarancja skuteczności. Bardzo marnie nawilżał skórę rąk. Może lepiej spisałby się w lecie. Ale ja się już o tym nie przekonam.

  •  Dwufazowy płyn do demakijażu oczu BiGood - marka własna austriackiej sieci drogerii Bipa - fantastyczny, bardzo skuteczny kosmetyk, nie podrażnia, ma naturalny skład bez alkoholu, a w dodatku kosztuje 3 Euro. Używam już drugiego opakowania :)

  •  Żel do mycia twarzy Estelle & Thild - wielki plus za świetny naturalny skład, brak zapachu, skuteczność i delikatność. Minus to trochę kiepsko przemyślane opakowanie - zakrętka, która przy wodnistej konsystencji żelu nie jest dobrym rozwiązaniem. Może jeszcze kiedyś kupię.
  • Tonik Estelle & Thild - fantastycznie nawilża, tonizuje i ma bardzo fajny bezalkoholowy skład.  Teraz mam inny tonik, w którym pokładam spore nadzieje ;) 

  •  Kojący bezzapachowy balsam do ciała Fresh & Naturals - wcale nie jest taki bezzapachowy, ale na szczęście pachnie dosyć delikatnie i przyjemnie. Uwielbiam jego puszystą piankową konsystencję. Skuteczność oceniam dobrze, aczkolwiek nie zapewniał mi takiego odżywienia i nawilżenia, jak na przykład masła Organique. Balsamu F&N musiałam używać codziennie, aby utrzymać skórę w dobrym stanie. Zwłaszcza zimą mam bardzo przesuszoną skórę nóg, a ogrzewanie i twarda woda nie ułatwiają pielęgnacji. Balsam nie należy do kosmetyków wydajnych, a kosztuje aż 60 złotych... Z drugiej strony produkt posiada naprawdę świetny skład, który kusi. Obecnie używam kolejnego opakowania. 
  • Bezzapachowy balsam do ciała John Masters Organics z serii Bare - podobnie jak poprzednik nie jest taki zupełnie bezzapachowy. Ale i tu zapach jest delikatny i przyjemny. Pielęgnuje skórę na poziomie bardzo dobrym - moim zdaniem trochę lepiej, niż Fresh & Naturals. Kosztuje całkiem sporo, bo około 24 Euro, ale jest też dosyć wydajny. Kolejne opakowanie jest już w użyciu. 

  •  Krem pod oczy Melvita - wybrałam go całkiem przypadkowo, kiedy zupełnie nie miałam pomysłu na to, jaki krem kupić. Okazało się, że jest to bardzo fajny kremik! Dosyć treściwa tekstura, bardzo dobre działanie odżywcze i nawilżające, świetna baza pod makijaż i naturalny skład. Kremiknależy zużyć w ciągu trzech miesięcy. Ja używałam go ponad $ miesiące, ale nie doznałam z tego powodu żadnych szkód ;) Koszt tego kremu to około 25 Euro. Możliwe, że kiedyś ponownie się na niego skuszę. 
  • Sorbet nawilżający Caudalie z serii Vinosource - to już kolejna tubka, którą udało mi się zdenkować. Krem fantastycznie łagodzi podrażnienia, nawilża i odżywia. Bardzo dobrze nadaje się do cery mieszanej. Mimo to w najblizszym czasie nie planuję ponownego zakupu. 

  •  Pasta do zębów Cattier z zawartością fluoru - całkiem OK, ale bez rewelacji. Znam inne fajniejsze i tańsze pasty. 
  • Pasta do zębów Mintperfekt Ziaja bez zawartości fluoru - bardzo fajna! Teraz mam kolejną pastę tej marki, ale tym razem z fluorem. Jestem zaskoczona, że pasty Ziaja są tak przyjemne :) 

  •  Szampon aktywator wzrostu włosów od Babci Agafii - nie oczekiwałam po nim cudów, ale szampon okazał się być bardzo przyjemny. Nie podrażnia, ma fajny skład, jest dosyć wydajny. Ponownego zakupu nie planuję, gdyż teraz zaopatruję się u mojej fryzjerki. 
  • Szampon Volumi marki DeaDia - jest to naturalna marka kosmetyków produkowanych w Austrii. W listopadzie ubiegłego roku zaczęłam chodzić do fryzjerki, która stosuje tylko i wyłącznie naturalne produkty, takie jak farby, kosmetyki, akcesoria itp. Nie chcę się tu teraz rozpisywać o naturalnym fryzjerstwie. Mogę tylko powiedzieć, że to była najlepsza rzecz, jaką zrobiłam dla moich cienkich włosów. A sam szampon jest rewelacyjny! Jest to produkt, który należy rozcienczać z specjalnym dozowniku, a następnie nakładać na suche włosy. Jest to zdecydowanie nalejpszy szampon, jaki kiedykolwiek miałam. A najciekawsze jest to, że nie muszę po nim stosować żadnych kosmetyków do stylizacji! Po prawie 20 latach stosowania pianke, sprejów itp. wystarcza mi sam szampon, ewentualnie czasem z odżywką! Moje cieniutkie i jedwabiste włosy nabrały nareszcie trochę masy i struktury. Jestem przeszczęśliwa, że trafiłam na naturalną fryzjerkę i jesli chcecie, kiedyś opiszę Wam trochę obszerniej ten temat. 

Większość z tych produktów udało mi się zużyć w przeciągu kilku miesięcy. Jedynie balsam Fresh & Naturals wystarczył mi na około jden miesiąc. Lecz jak już wspominałam jest to dosyć niewydajny kosmetyk. 
Poza tym prawie wszystko dobrze mi się sprawdziło. Największym rozczarowaniem jest krem do rąk Oceanwell, największym hitem jest szampon DeaDia. 

A teraz z wielką ulgą idę segregować śmieci :)

Masełko do ust Nacomi Pinacolada

To maleństwo wygląda dosyć niepozornie, lecz jak wiadomo pozory często mylą - i tak jest w tym przypadku. 
 
 
Na początku byłam średnio zadolona. Kupiłam go zachęcona obietnicą aromatu pinakolady - którą uwielbiam :-) Po pierwszej aplikacji okazło się, że do pinakolady trochę mu daleko. Owszem, jest owocowo, całkiem przyjemnie, bardzo delikatnie, ale zapachu kokosa bądź ananasa nie mogłam się tu doszukać. 
Masełko zyskuje zdecydowanie przy bliższym poznaniu. Bo jego działanie przeszło moje oczekiwania. 
 
Masło fantastycznie pielęgnuje, nawilża, zmiękcza usta. Usta są chronione, odżywione, bez uczucia lepkości i tłustości. Idealnie sprawdza się na suchych, spierzchniętych wargach. 
Koniecznie muszę wspomnieć o specyficznej konsystencji tego maleństwa - dosyć twarda i tępa, która zmienia się pod wpływem ciepła palców. Trochę trzeba się do niej przyzwyczaić. ALE dzięki właśnie tej mało tłustej konsystencji balsam idealnie sprawdza się na przykład jako baza pielegnujaca pod szminki. 
 

Moim wielkim ulubieńcem w kategorii pielęgnacji ust jest już od lat balsam Tisane. Balsam Nacomi doskonale mu dorównuje, a w dodatku ma fajniejszy skład - oparty na bazie masła kakaowego, masła shea i oleju z pestek winogron. Poza tym wzbogacony jest naturalnym miodem, olejkiem rycynowym i witaminą E.
Theobroma Cacao Butter , Cera Alba , Ricinus Communis (Castor) Seed, Butyrospermum Parkii Butter, Vitis Vinifera Seed Oil, Sorbitol, Mel, Tocopheryl Acetate, Aroma. 
 

 
Ja swój egzemplarz dorwałam w drogerii Hebe w cenie kilkunastu złotych, w ofercie dostępne są jeszcze inne warianty zapachowe: granat, morela, panna cotta, pomarańcza. Nie kosztuje majątku, a jest mega wydajny, super skuteczny i ma fajny skład :-) 

Kosmetyczny hit roku 2016

Początek roku sprzyja podsumowaniom i wpisom poświęconym ulubieńcom ostatnich 12 miesięcy, co mnie bardzo cieszy, gdyż sama niezwykle chętnie czytam takie posty i z zainteresowaniem oglądam Wasze najlepsze z najlepszych. 
Miniony rok obfitował i u mnie w wiele fantastycznych odkryć kosmetycznych. Owszem, zdarzyło się kilka rozczarowań, ale w ostatecznym rozrachunku zdecydowanie więcej jest tych pierwszych :) 
Pomimo całkiem sporej gromadki ulubieńców postanowiłam wybrać tylko jeden jedyny najlepszy hit roku. Wbrew pozorom nie było to wcale trudne zadanie - zdecydowałam się na produkt, który odpowiada mi pod każdym względem. 
Przedstawiam Wam mój hit roku 2016 który z pewnością pozostanie ze mną na długo - 
mineralny podkład matujący marki Annabelle Minerals


Moja przygoda z minerałami zaczęła się nieco ponad rok temu z podkładem marki Lily Lolo, później przerabiałam jeszcze podkład z Bare Minerals. Nie była to miłość od pierwszego zastosowania. Chwilami myślałam, że minerały to jednak nie moja bajka. Kilkakrotnie podchodziłam do podkładu Lily Lolo, który jest dobry, ale jednak nie bez wad. Aż w końcu postanowiłam wypróbować podkład matujący polskiej marki Annabelle Minerals - i to był strzał w dziesiątkę. Fantastyczny produkt do makijażu dla mojej mieszanej cery! 



Za co go tak uwielbiam? 
  • za naturalny, absolutnie mineralny i prosty skład
  •  za to, że nie czuć go na twarzy - skóra wygląda bardzo naturalnie, bez efektu maski
  • za to, że bardzo dobrze działa na skórę - odkąd używam podkładu mineralnego, pryszcz to rzadkość ;)
  • za fantastyczny efekt, za krycie, które można budować od lekkiego do średniego
  • za to, że nie zatyka porów, że nie odznacza się na skórze, nie warzy się, nie zapycha
  • za to, że lekko i naturalnie matuje moją mieszano-tłustą cerę i że nie powoduje świecenia
  • za atrakcyjną cenę i wydajność
  • za bardzo dobry wybór odcieni (posiadam odcienie Golden Fair oraz Golden Fairest, które są dosyć uniwersalne) i rodzajów wykończenia (matujące, kryjące oraz rozświetlające)
  • za filozofię samej marki Annabelle Minerals, za świetną obsługę sklepu internetowego
 Jestem przekonana, że przejście na mineralny podkład to najlepsze, co zrobiłam dla mojej skóry w ostatnich latach :) 

Podkład mineralny Annabelle Minerals jest moim hitem i niezbędnikiem i odkąd go używam, nie interesują mnie żadne inne, a już tym bardziej tradycyjne podkłady :) 
Chciałabym jednak jeszcze pokazać Wam kilka produktów, które również uplasowały się w czołówce ulubieńców minionego roku, które z pewnością pozostaną ze mną na dłużej i które zasłużyły na wyróżnienie. 



Resibo - serum naturalnie wygładzające
Produkt tak często zachwalany, że i ja postanowiłam się przekonać, co jest na rzeczy. 
Od dłuższego czasu poszukiwałam odpowiedniego serum do mojej mieszanej cery. Produkty które testowałam miały albo zbyt tłustą olejową kosnystencję, albo oparte były głównie na alkoholu, czego ze względu na naczynka zazwyczaj unikam. 
Pomimo olejkowej konsystencji postanowiłam wypróbować serum polskiej marki Resibo. I na szczęście nie zawiodłam się. Serum idealnie wchłania się, nie zapycha i nie tworzy tłustej warstewki, nawet na mojej mieszanej cerze z rozszerzonymi porami. Za to wspaniale koi, nawilża, odżywia, sprawia, że cera wygląda świeżo i zdrowo. 
Serum to jest produktem niezwykle uniwersalnym. Przeznaczonym do wszystkich rodzajów skóry, bez specjalnych ograniczeń wiekowych. 
Stosuję ten kosmetyk na wiele sposobów: wzbogacam nim mój krem na dzień bądź na noc poprzez dodanie 1-2 kropli, używam serum samodzielnie zamiast kremu na noc albo pod nocny krem - w zależności od potrzeb skóry.
Piękne opakowanie, niezwykle wygoda pipetka, ogromna wydajność, polska marka, naturalny skład - czego chcieć więcej? Serum marki Resibo z pewnością będzie towarzyszyć mi przez długi czas! 

Naturalny dezodorant Farfalla
Czy można stworzyć całkowicie naturalny dezodorant bez zawartości soli aluminium, bez zapachu i bez alkoholu, który będzie skuteczny? Jak widać można! Bardzo długo szukałam takiego produktu, ale opłaciło się. Rok temu znalazłam w ofercie szwajcarskiej marki Farfalla niezawodny dezodorant ze świetnym składem i od tej pory jest on moim absolutnym numerem jeden. 

Marka Lily Lolo
Niedawno wspominałam Wam, że od jakiegoś czasu staram się szukać dobrych kosmetyków kolorowych w ofercie marek naturalnych. I tutaj na ogromne wyróżnienie zasługuje marka Lily Lolo. O ile ich podkład nie spisał się u mnie aż tak dobrze, jak Annabelle (wymagał u mnie dodatkowo zmatowienia, co przy Annabelle nie jest konieczne), to inne produkty świetnie się spisują! Fantastyczny tusz, który jest niesamowicie trwały i który ładnie pogrubia i podkreśla rzęsy. Fantastyczne kremowe pomadki, nawilżające błyszczyki, piękne paletki cieni oraz brązery prasowane. Lakiery, które pod względem jakości nie ustępują nawet tym z wyższej półki. Piękne kolory, świetne składy, idealnie opracowane tekstury. Marka Lily Lolo zasłużyła na miano mojej ulubionej marki w 2016. 



I na koniec wyróżnię jeszcze produkt, któremu niedawno poświęciłam osobną notkę - żel myjący do twarzy marki Biolaven. To kolejny kosmetyk, w którym odpowiada mi dosłownie wszystko! Jeśli chcielibyście się więcej o nim dowiedzieć, odsyłam Was TUTAJ

Pod względem kosmetyków 2016 rok należał do bardzo udanych. Było mało rozczarowań, za to dużo zachwytów. 
Bardzo jestem ciekawa waszych największych odkryć minionego roku - czy jesteście w stanie wybrać jeden najlepszy produkt? Dajcie znać! :)